Kalety - Kokotek
Wybraliśmy tę trasę, aby spróbować packraftu z noclegiem po drodze. Plan był taki, że zostawiamy jeden samochód na starcie w Kaletach, w ciągu kilku godzin docieramy rzeką do leśnej polany przy opuszczonej osadzie Krywałd. Tam rozbijamy namioty, a następnego dnia płyniemy dalej do Pustej Kuźnicy, skąd na nogach mieliśmy dotrzeć do drugiego samochodu zaparkowanego przy Oblackiej Przystani w Kokotku. Załadowaliśmy plecaki z ekwipunkiem noclegowym (namioty, śpiwory, karimaty, jedzenie itp.) do packraftów i zaczęliśmy przygodę. Pogoda dopisywała, ale... na tym koniec. Rzeka okazała się być bardzo płytka i dzika. Mnóstwo zwalonych drzew i mielizn sprawiło, że co chwila musieliśmy targać nasze wypełnione po brzegi 70-litrowe plecaki z doczepionym packraftem po brzegu, albo przerzucać je przez przeszkody. Nie tak to sobie wyobrażaliśmy (choć było wesoło) Po kilku godzinach przedzierania się przez kolejne zakola rzeki (spływem tego nie dało się nazwać), gdy zaczęło powoli zmierzchać, zdecydowaliśmy się pokonać ostatnie kilkaset metrów do miejsca noclegu leśną drogą. Namioty rozbiliśmy przy wiacie i zasnęliśmy przy szumie leśnego źródełka (dość głośnym) Drugiego dnia odpuściliśmy dalszy spływ, bo rzeka nie wyglądała lepiej w dalszym jej biegu. O ile same przeszkody były do przejścia, o tyle liczne płycizny odbierały sens wyprawie (poprzedniego dnia często brodziliśmy w drodze holując packrafty). Do drugiego samochodu dotarliśmy na nogach, nie zamaczając sprzętu ani na chwilę. W Oblackiej Przystani zamówiliśmy jeszcze ciepłą szarlotkę (najmilsza część dnia) i pojechaliśmy po samochód zostawiony na starcie spływu. Przygoda wyczerpująca, ale w sumie udana. Mimo iż to był jeden z pierwszych naszych spływów, to wcale nas to nie zniechęciło. Po latach często wspominamy ten odcinek, ale kolejny spływ planujemy już na lekko i przy wyższym poziomie wody.